Space: Above And Beyond – Garść informacji i podsumowanie serialu.
Przez c914 dnia mar 17, 2010 z Komentarzami 2
Space: Above and Beyond, nad Wisłą znany lepiej jako „Gwiezdna eskadra”, to serial z gatunku militarnego science-fiction stworzony przez panów Glena Morgana i Jamesa Wonga. Serialowi wyjadacze znają ich zapewne ze współudziału w tworzeniu The X-Files i Millenium. Za główną inspirację posłużyła im powieść „Wieczna wojna” („Forever War”) autorstwa Jeffa Haldemana, choć panowie przyznali się, że sięgali także do literatury biograficznej z okresu II wojny światowej. Choć historia wojny z obcą cywilizacją to zupełnie inna para kaloszy niż mroczne opowieści z pogranicza parapsychologii, to uważny widz dostrzeże w niektórych odcinkach w SAAB nieśmiałe zwiastuny późniejszej twórczości Morgana i Wonga.
Od strony formy SAAB nie należy do dzieł udziwnionych i łatwo daje się zaklasyfikować. To czysta fantastyka militarna, która garściami czerpie z klasycznych filmów wojennych. Mamy tu wszystkie elementy które film wojenny mieć musi – żołnierzy umierających z imieniem narzeczonej na ustach, żołnierzy złamanych psychicznie, żołnierzy odważnych, tchórzliwych, wielkich dowódców, nieudolnych dowódców, dowódców grających bluesa… – jeśli ktoś żywi wstręt do munduru, może sobie spokojnie serial odpuścić. Sama wojna nie różni się specjalnie od współczesnego konfliktu zbrojnego, a pojedynki w przestrzeni kosmicznej przywołują na myśl walki toczone nad Europą i Pacyfikiem w czasie II wojny światowej. Nawiązania do obu wojen światowych często przewijają się w serialu, w sposób mniej lub bardziej zawoalowany. Uważni widzowie będą mieli nielichą uciechę wyłapując takie smaczki.
Klasyczne podejście do tematu wojny pociągnęło za sobą apoteozę bohaterstwa, czyli nazywając rzecz po imieniu – patos. Ów patos momentami wylewa się z ekranu, a na jego falach unosi się niezmiennie amerykańska flaga. Ani przez moment nie jest nam dane zapomnieć jaką armię oglądamy, i kto będzie przewodził ziemskim siłom zbrojnym w niedalekiej przyszłości. Ja dość szybko zaakceptowałem przyjętą konwencję, ale znam osoby które poczytują ten element za największą wadę serialu. Nie będę pakował się w rozsądzanie, czyje podejście jest słuszne, ograniczę się do ostrzeżenia – przygotujcie się na sporą dawkę gwiaździstych sztandarów i militarystycznej paplaniny.
Historia opowiedziana w serialu na pierwszy rzut oka wydaje się mało oryginalna. Wątkiem przewodnim, wokół którego obraca się fabuła, jest wojna ludzi z obcą cywilizacją Pijaw (Chigs), którą rozpoczęło zniszczenie ziemskiej kolonii Vesta oraz kolonizacyjnego statku kosmicznego Tellus. Oczywiście, jak na panów Wonga i Morgana przystało, nic nie jest tak proste, na jakie wygląda. Dlaczego korporacja AeroTech tak bardzo interesuje się rozbitkami z Vesty i Tellusa? Kim jest tajemniczy Soel, oficjalnie przedstawiciel korporacji, który tak wiele wie o planach wroga? Czy pierwszy kontakt w Pijawami rzeczywiście miał miejsce w momencie ataku na Vestę i Tellus? Te, i wiele innych pytań będą dręczyć widzów aż do ostatniego 24 odcinka, a niektóre będą kołatać się w głowie jeszcze długo po obejrzeniu całej serii.
Sposób przedstawienia wojny nie sprowadza się tu do efektownych eksplozji i futurystycznych zabawek. W centrum uwagi znajdują się emocje głównych bohaterów, ludzi młodych, nie do końca jeszcze ukształtowanych i mało odpornych na potężne obciążanie psychiczne, jakimi doświadcza ich wojna. Jeśli miałbym w jednym zdaniu zdefiniować, o czym jest SAAB, powiedziałbym że to studium charakterów czwórki młodych ludzi wystawionych na koszmar wojny. W oprawie military sci-fi, jakby ktoś pytał.
Wątki poboczne generalnie przeplatają się z wątkiem głównym. Najważniejszy z nich, którego bohaterami są Neil West i Kylen Celina, jest w zasadzie integralnym elementem wątku głównego. Para zostaje rozdzielona już w pierwszym odcinku, a od momentu schwytania Kyleen przez Pijawy uwolnienie dziewczyny staje się głównym motywem działania Neila. Jego bezgraniczne poświęcenie udziela się pozostałym pilotom 58th. Z czasem Kyleen staje się symbolem, ucieleśnieniem wszystkich ludzi, za których walczą „Dzikie Asy”.
Kolejnym wątkiem pobocznym, który zasługuje na uwagę, jest kwestia InVitroes – sztucznie wyhodowanych, genetycznie zmodyfikowanych ludzi. Są oni hodowani w zbiornikach (tanks – stąd wzięła się ich potoczna i obraźliwa nazwa), aż do momentu osiągnięcia wieku 18 lat, a następnie po przetestowaniu ich bezwzględnej lojalności wysyłani są do najcięższych prac fizycznych, oraz na front. Brak okresu dzieciństwa oznacza psychiczne kalectwo, które będzie towarzyszyło tankom do końca życia. Większość społeczeństwa jest uprzedzona do InVitroes i postrzega ich jako leniwych i zdradzieckich, na co oni sami reagują nieufnością i zamknięciem w sobie. Parafrazując pewnego wąsatego ludobójcę, „śmierć jednego człowieka to tragedia, śmierć tysiąca tanków to statystyka”. Pogarda okazywana wobec InVitros wyłącznie z racji ich sposobu przyjścia na świat jest motywem przewijającym się przez cały serial, a zaprezentowany w jednym z odcinków system nauczania „tanków”(celniejszym określeniem byłoby „programowanie” lub „tresura”, ale mówimy przecież o jednostkach ludzkich) przywodzi na myśl analogiczne projekty Trzeciej Rzeszy w stosunku do narodów słowiańskich. Typowy InVitro musi każdego dnia udowadniać na nowo, że jest takim samym człowiekiem jak naturalnie urodzeni. Niektórzy, jak T.C McQueen, robią co w ich mocy, aby zmienić stereotypowy sposób postrzegania InVitroes. Inni, jak Cooper Hawkes wybierają postawę buntu. Przekaz skierowany do widza jest raczej posępny – nawet erze lotów międzygwiezdnych, w trakcie wojny o przetrwanie, ludzkość nadal będzie babrać się w bagnie rasizmu, nietolerancji i krzywdzących stereotypów.
Warto też wspomnieć o konspiracyjnym wątku związanym z korporacją AeroTech. Jak na megakorporację przystało, ma na swoim koncie wiele czarnych plam (z odcieniem czerwieni), które starannie maskuje nie przebierając w środkach. Ten element nawiązuje klimatem do późniejszych dzieł Glena i Wonga, i dobrze pokazuje, że w temacie teorii spiskowych i mroczne sekretów panowie czują się jak ryby w wodzie. Epizod peryferyjny z punktu widzenia pierwszych odcinków z czasem zyskuje na znaczeniu, a w wielkim finale to właśnie wątek AeroTechu okazuje się być ostatnim elementem układanki. Korporacja przedstawiona jest znakomicie – istnieje gdzieś w tle i prawie jej nie widać na ekranie (za wyjątkiem niejakiego pana Soel’a i pani sekretarz generalnej), ale w ważnych momentach jej przedstawiciele mają podejrzanie dużo do powiedzenia w sprawach daleko wykraczających poza sferę zainteresowania typowej korporacji produkującej sprzęt wojskowy. AeroTech to polityczno-przemysłowy moloch, który z drugiego, trzeciego planu potrafi sterować wydarzeniami wedle swojego widzimisię. I taka wizja megakorporacji bardzo mi się podoba.
Na całokształt fabuły składa się jeszcze kilka wątków o mniejszym znaczeniu, ukierunkowanych na zapoznanie widza ze światem przedstawionym. Warty przytoczenia jest jeszcze motyw silikantów, androidów którzy zostali stworzeni by służyć, a ostatecznie zbuntowali się przeciwko ludzkości. Dowiadujemy się o wojnie z AI, z najwyższym trudem wygranej przez ludzi. Kluczową rolę odegrali w niej InVitroes, których setki wysyłano na śmierć w walce o najtrudniejsze odcinki frontu. Gdy silikanci uświadomili sobie, że nie mogą wygrać wojny, postanowili uciec z Ziemi, wykorzystując do tego celu statki i okręty znajdujące się we wciąż opanowanych przezeń portach kosmicznych.
Jak przystało na zbuntowane maszyny są bezlitośni, okrutni, przebiegli i… tu niespodzianka, uwielbiają ryzyko. Przyznaję, że bardzo mi odpowiada odejście od stereotypu jednostek niewzruszenie logicznych i matematycznie nieomylnych na rzecz kochających hazard włóczęgów. Silikanci bardzo szybko znaleźli wspólny język z Pijawami. Służą im jako najemnicy, sabotując ziemskie ośrodki górnicze i przemysłowe, a z powodu znajomości języka i pewnego podobieństwa do ludzi, część silikantów pełni rolę strażników i oprawców w obozach jenieckich.
Podobnie jak w Battlestar Galactica, wykorzystano tutaj koncepcję kilku powłok cielesnych, które wykorzystuje bliżej nieokreślona liczba silikantów. Każda jednostka ma indywidualny ośrodek myślowy, z możliwością podłączenia się do wspólnej bazy danych innych silikantów. Jedyne, do czego się przyczepię to wygląd. Oczy z krzyżykami celowniczymi wyglądały co najwyżej przeciętnie już w momencie produkcji serialu, a dziś prezentują się żałośnie.
Wachlarz motywów pobocznych jest naprawdę szeroki. Serial można oglądać wiele razy, przy każdym kolejnym podejściu odnajdując w nim smaczki i poświęcając więcej uwagi drobiazgom niezwiązanym z wątkiem głównym. Spotkamy się więc z motywami narkomanii (odcinek „R&R), lęków ukrytych w podświadomości („The Enemy”), zdolności paranormalnych („Level of necessity), trafi się też odrobina brytyjskiego humoru („Pearly”), szczypta poezji („Mutiny”, „River of Stars”), i romantycznej nostalgii („Never no more”) .
Tematów pobocznych jest o wiele więcej – wyciąganie wszystkich smaczków na światło dzienne zepsułoby widzom przyjemność samodzielnego ich poznawania.
Zarysowałem już ogólny obraz fabuły i z przedstawiłem składniki, jakie znajdują się na talerzu podpisanym „Gwiezdna Eskadra”. Nadszedł czas napisać, jak danie zostało przyrządzone i jakich przypraw użył szef kuchni, nadając mu niepowtarzalny smak.
Pierwszą i największą zaletą serialu jest w moim mniemaniu naturalność głównych bohaterów. Złożyły się na to zarówno starannie przygotowane scenariusze poszczególnych odcinków (każdy z nich stanowi zamkniętą całość, powiązaną w mniejszym lub większym stopniu z główną linią fabularną), jak i bardzodobra grą aktorów pierwszoplanowych. W efekcie widz zostaje płynnie wciągnięty w przedstawiony świat i traci wrażenie jego sztuczności, które uwierało w wielu innych serialach sci fi. Autorom udało mu się uciec od schematu, w którym bohaterowie spełniają rolę mechanicznych wykonawców fabuły, obdarzonych większym lub mniejszym talentem aktorskim – i chwała im za to.
Środek ciężkości, który w większości innych serialu spoczywa na ciągłości fabuły, tutaj przerzucono na postaci głównych bohaterów. Widz powoli poznaje ich przeszłość, motywy dla których wstąpili do USMCi dylematy, którym muszą sprostać. Wojna z Pijawami bardzo szybko staje się efektownym tłem, na którym eksponowana jest niezwykłość zwykłych ludzi. Należałoby dodać – eksponowana w mistrzowski sposób. Oglądając serial nie miałem tego wrażenia, które towarzyszy mi podczas oglądania np. Star Treka, że oglądam tylko zmyślone dyrdymały, które nijak się mają do rzeczywistości. Bohaterowie SAAB, pomimo futurystyczych myśliwców, kosmicznych lotniskowców, wojny z obcą cywilizacją i całej reszty sajfajowej oprawy zachowali ten pierwiastek naturalności, który pozwala zapomnieć, że USS Saratoga to zawalony żelastwem kawałek studia filmowego, a Cooper Hawkes naprawdę nazywa się Rodney Rowland i z pilotażem tudzież armią nie ma nic wspólnego. Scenarzyści uniknęli przejaskrawienia pozytywnych lub negatywnych cech bohaterów i postawili na realizm. Poza komandorem McQueenem, który od samego początku jest kreowany na postać wyjątkową, reszta „Wild Cards” prezentuje się bardzo naturalnie.
Tam, gdzie nie udało się uciec od schematyzmu, dany motyw zostaje odpowiednio przerysowany i wpasowany do świata przedstawionego. Postawa Westa opętanego myślą o uratowaniu Kyleen nie razi zbyt mocno, choć wątek ratowania ukochanej to przecież filmowa sztampa.
Z czasem odwaga i bohaterstwo postaci pierwszoplanowych zaczynają przybierać różne formy i nie zawsze sprowadzają się do szarży na umocnione pozycje wroga. Daruję sobie spoilery, a zainteresowanych tym mniej patetycznym obliczem SAAB odsyłam do jednego z najlepszych odcinków całej serii pt. „Who monitors the birds”.
Atmosfera ciągłego zagrożenia i nieuchronnej klęski jest tak dojmująca, że widz łatwo przymyka oko na szczęśliwe (na szczęście niezbyt liczne) zbiegi okoliczności, które pozwalają bohaterom ujść z życiem z sytuacji beznadziejnych. Duże wrażenie robią odcinki niezwiązane z głównymi wątkami fabularnymi. Odcinki takie jak sentymentalny „River of Stars” czy zabawny “Pearly” są znakomitą odskoczną od mrocznego, niemal depresyjnego klimatu do którego przyzwyczaja nas seria.
Czas napisać kilka zdań o stronie technicznej. W dniu premiery, czyli w zamierzchłych czasach połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, oprawa techniczna i efekty specjalne oceniono bardzo wysoko. I trudno się dziwić – nakłady, jakie włożono w komputerowe animacje walk, przygotowanie modeli pojazdów w skali 1:1 były nieporównywalne z żadnym innym serialem tamtego okresu. Czas jednak nie stoi w miejscu i trzeba otwarcie powiedzieć, że na dzień dzisiejszy poziom efektów „Gwieznej eskadry” plasuje się w gdzieś w niższej strefie stanów średnich. O ile jeszcze wnętrze U.S.S Saratoga czy transportowców piechoty trzymają niezły poziom (co dobitnie świadczy o staranności, z jaką przygotowano je 15 lat temu), o tyle wszelkie efekty komputerowe już dawno straciły swój blask i nie mają większych szans zrobić na nikim wrażenia. Najgorzej prezentują się Pijawy Pijaw – zbroje, które kiedyś budziły grozę, dziś mogą wywołać złośliwy uśmieszek. Jednostki latające obcej rasy są za bardzo uproszczone (zwłaszcza duże okręty) i mało urozmaicone. Sytuację ratują dynamiczne i emocjonujące pojedynki myśliwców, które stały się jednym ze znaków rozpoznawczych „SAAB”. Decydujące starcie T.C McQueena z Pijawą von Richtoffenem nadal uważane jest za jedną z najlepszych scen pojedynków w kosmosie w historii telewizji.
Wyposażenie planetarne naszych bohaterów przygotowano równie starannie – w pełnym rynsztunku wyglądają jak przystało na prawdziwych Space Marines. Jedyne, do czego można mieć zastrzeżenia to generalny brak pojazdów w czasie walk na powierzchni planet. Poza jednym odcinkiem („Pearly”) oglądamy wyłącznie zmagania piechoty, wspierane od czasu do czasu atakami z powietrza.
Dzięki kilku sprawdzonym kinowym chwytom udało się uniknąć efektu boskiej ręki, która prowadzi naszych ulubieńców od zwycięstwa do zwycięstwa. Przeciwnie, przedstawiony w osiemdziesięciu procentach odcinków obraz wojny z Pijawami to jedno wielkie pasmo porażek, a nieliczne sukcesy ziemskich sił kosmicznych nie tyle dają nadzieję na zwycięstwo, co odraczają ponury koniec. Losy wojny zdają się zmieniać w ostatnich odcinkach serii, ale na tle dramatycznego finału przedstawionego w ostatnim odcinku sytuacja na powrót staje się (co najmniej) niejasna.
Skoro już jesteśmy przy zakończeniu… nie, nie zdradzę go, zbyt wyskoki cenię sobie własną skórę żeby narażać ją na kontakt z grabiami i siekierami wściekłych czytelników. Ale przyznać muszę, że zakończenie jest wspaniałe. Po pierwszym obejrzeniu serialu po prostu wbija w fotel z pytaniem „Jak to, to już?!”. I człowiek zaczyna gryźć ścianę, wściekły że to już koniec. Koniec o tyle bolesny, że nie dający nadziei na przyszłość – nakręcono tylko sezon, zamiast planowanych pięciu. Odpowiednia perspektywa pozwala jednak dostrzec zalety tego nieplanowanego zakończenia. Kiedy emocje opadną i ostatnie kawałeczki tynku zostaną wyplute, widz dostrzeże, że na swój sposób SAAB to dzieło kompletne. Tyle, że zamiast wykrzyknika autorzy na końcu postawili wielokropek.
Powiązane wpisy:
Komentarze (2)
Dodaj komentarz | Trackback URL
Postać Coopera Hawkesa grał Rodney Rowland, a nie Morgan Weisser …
Jestem pod wrażeniem inteligentnej i znakomitej recenzji serialu, który sobie właśnie przypominam. Jedna drobna poprawka: Morgan Weisser grał Nathana Westa. Filmowego Coopera Hawksa grał Rodney Rowland. :) Ale to naprawdę drobiazg :)