Avangarda 2010 – sprawozdanie
Przez c914 dnia lip 30, 2010 z Komentarzami 2
A więc w tym roku postanowiłem wybrać się na Avangardę. Konwent to znany i zasłużony, a dogodny letni termin sprzyja frekwencji. Jak było w tym roku, i czy AVA sprostała oczekiwaniom, postaram się przedstawić.
Na miejsce konwentu przybyłem w piątek po południu. Pierwszym co zwróciło moją uwagę była kolejka do akredytacji, a raczej jej brak. Kilkuosobowe grupki mrocznie odzianych ludków wypatrujących swoich znajomych były jedynym śladem świadczącym że w pobliżu odbywa się konwent. Nieco mnie zbiły z tropu te pustki, po doświadczeniach z tasiemcowymi kolejkami na Pyrkonie czy wiecznie zapchanym wejściem na lubelski Falkon. Czyżby Avangarda musiała się martwić o frekwencję? Jak się później okazało, nie było aż tak źle, a mniejszy tłok miał swoje dobre strony.
Po błyskawicznym odciążeniu portflela z 30pln (tyle kosztowały trzy dni i dwie noce), obciążony w zamian konwentową wyprawką rozpocząłem rekonesans. Teren konwentu składał się z dwóch pięter szkoły im. Agnieszki Osieckiej, wraz z przyległym parterowym skrzydłem sali gimnastycznej, w której zadomowiła się wystawa Interaktywne Gwiezdne Wojny. Niewielkie patio otoczone z trzech stron przez budynki szkoły przejęła w swoje władanie Grupa Nizar. Każdy chętny mógł nauczyć się kilku trików przydatnych w życiu codziennym, jak na przykład obrona przed napastnikiem z nożem czy rzut shurikenami. Po półgodzinnym rekonesansie który pozwolił mi zapisać w pamięci lokalizację interesujących mnie punktów programu udało mi się wywęszyć konwentowe sleep roomy – pomimo wrażenia luzu i niewielkiej frekwencji, sleepy były pełne ludzi. Zamknięcie się w konserwie pełnej ludzi przy 30 – stopniowym upale niezbyt mi odpowiadało, więc zabunkrowałem sobie kawałek podłogi na najwyższym piętrze. „Pościeliwszy” śpiwór, co by był gotów na lądowanie bezwładnego cielska po powrocie z knajpy kownentowej, zeżarłem zupę chińską na sucho i opuściłem swoje sympatyczne pięterko (które okazało się być najlepszym sleep roomem pod słońcem – niech żyją przeciągi).
Na pierwszy ogień poszła prelekcja prof. Antoniego Dudka pt. „PRL – Trwanie i zmiana”, które było częścią całego bloku Avangardy poświęconego historii Polski Ludowej. Biorąc poprawkę na znane nazwisko i ciekawy temat, przyczłapałem pod wskazany adres z odpowiednim wyprzedzeniem, gotując łokcie na przebijanie się przez gromadę pasjonatów historii… I spotkało mnie małe rozczarowanie. Wspomniana gromada słuchaczy składała się z czterech osób, do których poniewczasie dołączyła piąta. Dwóch spośród słuchaczy było redaktorami ze znanego portalu historycznego i choć przyszli niejako służbowo, należą im się podziękowania za podtrzymanie wysokiego poziomu w czasie pytań do prelegenta. Rozumiem że AVA jest przede wszystkim konwentem poświęconym fantastyce, ale liczyłem na to postać takiego kalibru wzbudzi większe zainteresowanie. Antoni Dudek jest znany z przedstawiania niełatwej historii w sposób jasny, precyzyjny i przystępny, i taki też był jego krótki wykład na Avangardzie. Zastrzeżenie mam tylko jedno – zbyt mało czasu. Godzina wystarczyła ledwie na pobieżne prześledzenie losów PRL i krótką charakterystykę kilku ważniejszych postaci tamtej epoki. To jak bieg truchtem przez Muzeum Powstania Warszawskiego – dało się załapać i zapamiętać ogólny przekaz, ale na zgłębianie ciekawostek zabrakło czasu. Na plus należy zapisać dzielną walkę orgów ze złośliwym sprzętem, na którym w końcu udało się odtworzyć (acz nie w całości) przyniesione przez profesora kroniki filmowe.
Po przyjęciu dziennej dawki wiedzy historycznej skierowałem się w stronę sali gimnastycznej, w całości wypełnionej przez wystawę Interaktywne Gwiezdne Wojny. Choć skierowana głównie do młodszej widowni, wzbudziła moje zainteresowanie modelami pojazdów (zastanawiałem się nawet nad uzupełnieniem swojej półki o model TIE Interceptora – niestety, ceny skutecznie zniechęcały). Chętni do skrzyżowania mieczy mogli to uczynić przy pomocy The Force Unleashed, a dla najmłodszych zorganizowano szkolenia w których mogli wcielić się w szeregowych żołnierzy klonów lub padawanów Jedi. Moje nadzieje na skopanie paru imperialnych tyłków rozbudziło pudełko z X-Wing:Alliance umieszczone obok stanowiska konsolowego, ale brak jakichkolwiek stanowisk z komputerem wyposażonym w joystick przekonał mnie o jego dekoracyjnej funkcji. Nadmiar merczandszajsu i brak atrakcji skierowanych do starszego odbiorcy szybko zmotywowały mnie wyjścia w poszukiwaniu ciekawszego miejsca.
Tutaj z odsieczą przyszedł Games Room, zacnie wyposażony i sprawnie obsługiwany. Pod ręką było wszystko, w co najczęściej pocina się na konwentach, i co najważniejsze, było tego pod dostatkiem. Samej Neuroshimy Hex było sześć albo siedem pudełek i nie zdarzyło się, żeby dla kogoś zabrakło egzemplarza. Jedyny problem stanowiło miejsce – wydzielony fragment korytarza szkolnego szybko się zapełniał i często zdarzało, się, że wszystkie stoliki należące do Games Roomu były zajęte. Poza ogólną gralnią dla mas pracujących były jeszcze sale dedykowane poszczególnym rodzajom gier – dwie karciankowe, i jedna dla miłośników gier bitewnych. Tam już tłoku nie było, a avangardowi przodownicy w przerwach między i turniejami wprowadzali nowicjuszy w poszczególne systemy.
Obok jaskini planszówkowej znajdowała się salka konsolowa, a w niej kilka pozycji konsolowych i nieśmiertelny DDR w którejś ze swoich wariacji. Sala konsolowa wyglądała jak jedna (nie)wielka reklama Nintendo i dodatków do konsoli tejże firmy. Ubogi wachlarz gier sprawił że poza maniakami skakania po macie mało kto zaglądał do konsolówki na dłużej niż pięć minut.
W tym momencie opuściłem teren konwentu, udając się do zdroju wody chmielowej knajpą konwentową zwanej. Paradox Cafe okazała się zacnym, klimatycznym lokalem, w którym oferta baru jest w zasadzie dodatkiem do świetnie przygotowanej jaskini rpg i czytelni pełnej fantastyki. Półki z książkami zachęcały do dłuższego zakotwiczenia, odstraszały tylko warszawskie ceny. W gorący piątkowy wieczór lokal pękał w szwach. Jakub Ćwiek i Rafał Kosik również nie odmówili sobie okazji do wychylenia kilku kufli wspólnie ze swoimi czytelnikami.
Z konwentowej soboty najbardziej zapadłą mi w pamięć prelekcja dotycząca starych filmów sci-fi. Znów dała o sobie znać choroba trapiąca 90% Avangardowych prelekcji. Godzina czasu na prelkę. To za mało, nawet jeśli prelegent jest przygotowany i ma dobrze rozplanowany czas prezentacji – tak jak było w tym przypadku. Godzina wystarczyła, żeby ledwie wymienić kilkanaście pozycji które odcisnęły mniejsze lub większe piętno na rozwoju gatunku fantastyki naukowej. Niektóre zostały w kilku zdaniach opisane, przy czym opis ograniczał się często to przypomnienia najbardziej zapadających w pamięć scen czy błędów. Dla kogoś, kto jest w temacie zupełnie zielony, taka prezentacja byłaby świetnym wprowadzeniem w filmową fantastykę. Ale zadajmy sobie pytanie – czy na prelekcję przyszli ludzie zupełnie zieloni? Poza kilkoma tytułami zasługującymi na miano archaicznych klasyków (np. kinematografia radziecka), większość wymienionych pozycji była co najmniej znana ze słyszenia każdemu szanującemu się fanowi. Zabrakło czasu na kilka zdań opisujących kwintesencję danego filmu czy serialu, choćby i przesączoną przez subiektywny osąd prelegenta. Pod koniec prelekcji widać było wyraźnie że „czas goni”, i o kilku produkcjach wspomniano jedynie że „są warte obejrzenia”, a np. o Babylon 5 nie było ani słowa. Znam ludzi, którzy za takie przeoczenie gotowi są nadziać prelegenta na palik.
Podsumowując, konwent wypadł bardzo dobrze. Organizacja stała na wysokim poziomie i nie zauważyłem skarg na orgów czy gżdaczy, jak i sam zupełnie nie miałem powodów żeby na nich narzekać. Wręcz przeciwnie, uważam że odwalili kawał solidnej konwentowej roboty i szybko reagowali na pojawiające się problemy. Kto bywa na konwentach, ten wie że to wcale nie jest takie oczywiste. Kolejny plusik należy się obsłudze za utrzymywanie porządku w łazienkach, bo nic tak nie drażni z rana jak fetor zapchanej od kilku dni toalety (ukłon w stronę Falkonu ‘09). Pomimo efektownej obecności Star Wars w postaci wystawy iSW, w klimacie Avangardy wyczuwało się dominację Star Treka. Fanów gwiezdnej wędrówki było zdecydowanie więcej niż starłarsowców, a blok trekowy był ciekawszy i wolny od hałaśliwej komercjalizacji która zaczyna zżerać uniwersum Lucasa.
Bloki programowe takie jak park naukowy czy blok historyczny także nie pozostały bez wpływu na klimatu imprezy. Z jednej strony konwent był przez to nieco poważniejszy, z drugiej – bardziej otwarty na ludzi z zewnątrz. Gdybym miał wybrać konwent najbardziej przyjazny ludziom rozpoczynającym dopiero swoją przygodę z fantastyką, mój wybór bez wątpienia padłby na Avangardę.
Sami konwentowicze również pokazali się z jasnej strony mocy. Zero spięć na akredytacji, zero krzyków w godzinach nocnych, poszanowanie dla zakazu wnoszenia alkoholu – może ten grzeczny, niezwykle kulturalny klimat Avangardy odstraszył część hardcore’owych fanów? Ava jest zupełnie innym konwentem niż np. Pyrkon, na którym nocne popijawy, choć oficjalnie zakazane, są traktowane z przymrużeniem oka. Ale w tym całe piękno fandomu, że jest w nim miejsce i na Pyrkony i na Avangardy. Niech żyje urozmaicenie!
PS: Fotek nie ma bo akurat aparat na czas konwetu stał sie towarem deficytowym :P
Powiązane wpisy:
Komentarze (2)
Dodaj komentarz | Trackback URL
Sprostowanie: żadnych bluźnierstw w rodzaju „obrony przed napastnikiem z nożem” nie rozpowszechniamy. Prelekcja o tym temacie na Avangardzie służyła jedynie obaleniu popularnych mitów na temat noża i szans na udaną obronę przed nim.
Sama relacja zaś jest sprawnie i zgrabnie napisana; my, Imperator, aprobujemy.
Bardzo dziękujemy za solidną relację. Cieszymy się, że miło spędziłeś czas i udało się nam sprostać Twoim oczekiwaniom. W kwestii długości punktów programu – to sami prowadzący określają jakiego pensum potrzebują na swoją atrakcję, w końcu to oni wiedzą najlepiej jak obszerny materiał chcą przedstawić. Na Avangardzie dopuszczamy nawet 3 jednostki godzinowe pod rząd jeśli tego wymaga wyczerpanie i zachowanie spójności tematu. Koordynator programowy dostosowuje następnie ramówkę do ilości czasu zadeklarowanej przez prowadzącego. Naprawdę rzadko kiedy ingerujemy w ten element procesu organizacyjnego. Serdeczne pozdrowienia!